• Wpisów:9
  • Średnio co: 198 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 13:55
  • Licznik odwiedzin:3 309 / 1987 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
http://sankarea&;key=34jFBWvph0A&width=425&height=110" style="border: medium none;">Przepraszam, że tak późno, ale sporo się u mnie działo ostatnio. W każdym razie 5 rozdział jest dłuższy ; )
✃ – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - -
- Te, blondas, boyfrienda sobie znalazłeś?
„Nie uderzę go pierwszy”? Chyba mi na głowę padło! Jak mu wygarnę deską to się nie pozbiera! Zanim się zorientowałem, zacząłem mamrotać pod nosem okropną wiązankę przekleństw. W moich żyłach płynęła kofeina z dwóch kaw. To wcale nie polepszało sytuacji.
- Mówiłeś coś? – zawołał, widząc najwyraźniej, że poruszam ustami.
- Smakowała pizza?
Sam się prosiłem. Ale to było silniejsze ode mnie. Sam jego głos już mnie doprowadzał do szału. Tyle że za jego plecami zjawiła się kolejna dwójka chłopaków. Mogłem też się domyślić, że to nie wszyscy. Szybko doszedłem do wniosku, że jestem na przegranej pozycji, ale perspektywa wymierzenia chociaż jednego ciosu w twarzyczkę tego Włoszka była tak kusząca, że nie było szans, bym się wycofał. Puściłem Alexa, a ten natychmiast oparł się o ścianę budynku. Patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami, próbując pewnie rozgryźć mój plan.
Plan.
Tyle że nie miałem żadnego planu. Ścisnąłem w dłoni deskorolkę, zastanawiając się, z jaką siłą uderzyć Cayo, by nie mieć potem na sumieniu jego duszy. Przecież czymś takim można zabić. Facet wbił wzrok piwnych oczu w moją rękę. Tak, właśnie, pomyślałem. Mogę ci tym roztrzaskać głowę, więc stąd zmykaj.
- Jeździsz na tym kawałku drewna? – Uśmiechnął się kpiąco. – Takie zabawy są dla dzieciaków z podstawówki.
- Tak? – odparłem, zgrzytając zębami. – A w co bawią się dzieciaki z liceum?
- My jeździmy na motorach.
- To wspaniale. – Pokiwałem głową. – Ale wiesz, popisywać się powinieneś przed dziewczynami, mnie chłopcy nie jarają.
Zanim się spostrzegłem, rzucił się w moją stronę. Chciałem unieść deskę, ale nawet nie zdążyłem – wytrącił mi ją kopnięciem. Zakląłem. Szybki jest. Chciał mi wymierzyć cios w lewy policzek, ale to udało mi się już zablokować. Chwyciłem go mocno, a potem pociągnąłem i kopnąłem mocno kolanem w brzuch. Sapnął i cofnął się kawałek. Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Jego koledzy właśnie podchodzili, kiedy za nami rozległy się krzyki.
- Fang! Nie, Fang, nie wolno!
- Chryste Panie! Łap tego psa, zanim zwieje na dobre!
- Fang!
Cayo zamachnął się na mnie pięścią, wykorzystując moją chwilę nieuwagi. Udało mi się odskoczyć, ale potknąłem się o jakiś śmieć i straciłem równowagę. Wywinąłem niezłego orła, bo przewróciłem się aż na plecy. Zanim zdążyłem wstać, tuż przed moją twarzą śmignął jakiś szary kształt. Gdy usłyszałem szczekanie, zrozumiałem, że to pewnie pies, który zerwał się tamtym kobietom. Podniosłem się szybko na łokciu, gotów wiać, jeśli bestia się na mnie rzuci. Ku mojemu zaskoczeniu zwierzę trwało teraz w bezruchu i warczało tylko na Cayo i bandę. Wyglądał na husky’ego. Dość duży, czarno-biało-szare futro.
- Fang!
Po głosie rozpoznałem, że to nie tyle kobieta, co młoda dziewczyna i zbliżała się tu.
Chwila. Ten głos.
Odwróciłem się. Los potrafi być naprawdę złośliwy. Zobaczyłem Emily Raymond, dyszącą ciężko i wpatrującą się zszokowanym wzrokiem we mnie. Chyba jednak ja byłem bardziej zdziwiony, bo miała włosy związane w kok na czubku głowy, grzywkę zaczesaną lekko na bok, rzęsy pomalowane tuszem, że wydawały się jeszcze wyrazistsze niż wcześniej i usta pomalowane lekko różowym błyszczykiem.
Nasze wzajemne obserwacje przerwały krzyki chłopaków, których zaatakował pies. Zaczął szarpać jednego z nich za nogę i chyba nie złapał samej nogawki. Patrzyłem na to z satysfakcją. W końcu.
- Fang, zły pies! Do nogi! Fang!
Emily wydawała się dość zdesperowana. Raz po raz wołała psa, gwizdała na niego. Głos zaczął jej się załamywać. Zastanawiałem się, czemu jej tak na tym zależy. Przecież oni też mieli jakiś udział w dręczeniu jej. W końcu przykucnęła i spojrzała na mnie. Zmartwienie biło z jej twarzy na kilometr. We włosy miała wpiętą spinkę w kształcie motyla, na szyi naszyjnik – delikatne nici z malutkimi perłami, a ubrała się w białą sukienkę. Wyglądała naprawdę ślicznie. W dodatku nie wydawało się, żeby miała zaraz zacząć wrzeszczeć.
- Jace, pomóż mi proszę z psem – powiedziała błagalnym tonem. – Będę mieć kłopoty, jeśli go zaraz nie złapię.
Zmarszczyłem brwi. Skąd ta nagła zmiana w jej zachowaniu?
- Nie boisz się mnie? – zapytałem podejrzliwie. – Czemu?
Zaczęła poruszać się niecierpliwie, a na jej policzki wystąpił lekki rumieniec.
- Bo w mieście wszyscy się czegoś boją… Nie tylko ja… - mamrotała bez ładu i składu. – Ale jakoś sobie radzą, więc ja również… Wiem, że moje lęki…
Wstałem gwałtownie, a dziewczyna przewróciła się, wystraszona. Oczy już jej się szkliły. Nie boi się, co?, pomyślałem z rozdrażnieniem. Po prostu w mieście lepiej wychodzi jej maskowanie swojego strachu. Trochę lepiej.
- Daj smycz.
Drgnęła.
- Słucham?
- Smycz! – powtórzyłem, lekko podirytowany.
- Ach! Już…
Podszedłem powoli do psa. Chwilowo odskoczył od ofiar, poprzestając na groźnym warczeniu. Nacisnąłem w dłoni klamrę łączącą smycz z obrożą, nawołując zwierzaka. Ten odwrócił w końcu łeb i przyjrzał mi się swoimi błękitno-brązowymi oczami. Z wahaniem wyciągnąłem rękę. Pies się nie ruszył. Chcąc to jak najszybciej skończyć, nagłym ruchem zaczepiłem klamrę o odpowiednie kółeczko i ścisnąłem mocno smycz. Fang dalej się nie ruszał, tylko mnie obserwował.
- Czego? – mruknąłem do psa.
Cayo i reszta szybko się zwinęła, a ja podałem smycz Emily. Wzięła ją ode mnie tak, żeby tylko nie dotknąć mnie palcami. Uniosłem brew, ale ona szybko się odwróciła, chcąc się najprawdopodobniej zmyć. Minęła chwila, zanim dotarło do mnie, że coś szepnęła, a kolejna, zanim zrozumiałem, co.
„Muszę zachować swój strach na jutro”.
- Hej, czekaj! – zawołałem, ale mnie zignorowała i tylko jeszcze przyspieszyła kroku. Odwróciłem się, nie przystając i wskazałem palcem Alexa. – Erika, zajmij się nim.
- Hola, hola! – oburzyła się natychmiast.
Wybiegłem z uliczki. Za sobą słyszałem jeszcze, jak różowowłosa i brunet się bulwersują.
- Robię to tylko dlatego, że Jace mnie poprosił.
- Nieważne, mogę iść sam.
- Boże, jaki jesteś ciężki!
- Dlatego mówię…!
Zacząłem kląć, przeciskając się przez tłumy Japończyków. Dziewczyna zwinnie się między nimi poruszała, a smycz ani razu jej się nie zaplątała. W momencie, kiedy już myślałem, że ją zgubiłem, zatrzymała się przed jakąś kobietą. Z początku coś do siebie mówiły, ale kiedy podszedłem, obie zwróciły na mnie wzrok i zamilkły. Domyśliłem się, że to matka Emily. Jej oczy były wprawdzie inne – brązowe, wąskie, takie lisie, podkreślone jeszcze eyeliner’em, ale włosy miała dokładnie te same, co córka – głęboki kolor kasztanu, lekko napuszone, tylko bardziej zniszczone. W jej postawie było coś, co mi się zdecydowanie nie podobało. Przez chwilę lustrowała mnie ostrym wzrokiem, ale po chwili na jej usta wypełzł uśmiech. Zupełnie jak u wilka, który zobaczył czerwonego kapturka z koszyczkiem pełnym mięsnej strawy. Czułem się właśnie jak zawartość tego koszyczka. Taki dodatek do sprzyjającej sytuacji.
- Dzień dobry. Musisz być kolegą z klasy Emily. Jestem Julie, jej mama.
Podała mi rękę, którą z niechęcią uścisnąłem. Miała dłonie delikatne i wypielęgnowane, jak osoba, która nie zna trudu pracy fizycznej. Dama z bogatego rodu, co? Ciekawe czy wie o zachowaniu córki.
- Miło poznać. – Uśmiechnąłem się przyjaźnie. Inaczej to rozegram.
- Słyszałam, że pomogłeś mojej córce z psem. – Położyła rękę na czubku jej głowy. – Jesteśmy obie bardzo wdzięczne.
- Nie ma za co. – Machnąłem nonszalancko dłonią. Nagle zrobiłem minę, jakbym sobie o czymś przypomniał. – A, właśnie. Czy miałaby pani coś przeciwko, gdybym przyszedł jutro do państwa? Nauczyciel zadał nam projekt. Wprawdzie Emily powiedziała, że sobie ze wszystkim poradzi, ale nie chciałbym jej wszystkim obarczać…
Tak. Dostrzegłem podejrzany błysk w jej oku. Kącik jej ust powędrował lekko do góry.
- Tak szybko zadają wam projekty? – zdziwiła się, robiąc współczującą minę. – Niestety, Emily ma na jutro plany, ale dopilnuję, żeby zrobiła swoją część projektu.
- Ach, plany? W takim razie poradzę sobie, proszę się nie martwić. – Uśmiechnąłem się znów. – Szykuje się jakaś rodzinna wycieczka? – zapytałem, udając uprzejmą ciekawość.
Zszokowało mnie, że odpowiedziała mi Emily.
- Coś w tym stylu.
Julie spojrzała na zegarek.
- Och, to już ta godzina? Przepraszam, Jace-kun, ale musimy iść. Miło było cię... - urwała na chwilę, jeszcze raz lustrując mnie wzrokiem – poznać.
Gdy straciłem je obie z oczu, ruszyłem z powrotem do Eriki i Alexa. Roztarłem dłonią ramię. Nie wiedzieć czemu dostałem gęsiej skórki.
W końcu ich dostrzegłem. Alex szedł sam, ale różowołosa i tak ściskała go za ramię, zupełnie jakby mógł się w każdej chwili przewrócić. Postanowiłem do nich jeszcze nie podchodzić i szedłem kawałek za nimi. Brunet co chwilę odtrącał rękę Eriki, ale ta uparcie łapała go z powrotem. Zaczęli się o coś kłócić. Nagle dziewczyna krzyknęła „Idiota!” i przyłożyła mu pięścią prosto w mięsień. Nie mogąc się powstrzymać, wybuchnąłem śmiechem. Z nią lepiej nie zadzierać. Chyba w końcu mnie usłyszeli, bo się zatrzymali. Doszedłem do nich, wciąż z uśmiechem na twarzy.
- Bolało?
Widząc minę Alexa, znów prychnąłem śmiechem.
- Wiesz, jaką ona ma parę? To jakaś gorylica, nie dziewczyna…
- Aż się prosisz, żeby oberwać – wysyczała Erika, wychylając się zza mnie. Wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić i spojrzała na mnie. – Powinniśmy to zanieść na tyły kawiarni.
- To? Tyły kawiarni? – powtórzyłem zdziwiony.
Dziewczyna wskazała to placem. Alexa.
- Pod schodami mają wolną przestrzeń, chodzę tam czasami poczytać.
- …bo mam rodziców mugoli, którzy mnie nie kochają i muszę się chować pod schodami jak Harry Potter – dokończył Alex zjadliwie.
- On był tam zamykany wbrew własnej woli, idioto.
- Co nie zmienia faktu, że tam siedział.
- Chodźmy do tej kawiarni, co? – zaproponowałem ugodowo.
Po drodze opowiadałem im o rozmowie z matką Emily. Kiedy w końcu przestali żartować sobie, że jestem zbyt pewien siebie, jeśli chodzi o kobiety i że dostanie kosza po raz pierwszy w życiu musi być bolesne (o dziwo, w tym dogryzaniu nawet się dogadywali), to zdążyliśmy dojść do kawiarni i skończyło się na tym, że nie powiedzieli nic mądrego.
- Jace, ty wejdź głównym wejściem i zaprowadź do nas Jukkę.
- Co?
- Idź!
Uniosłem ręce w obronnym geście i otworzyłem drzwi wejściowe. Stojąc w przejściu rozejrzałem się po pomieszczeniu. Niedługo zajęło mi namierzenie osoby, o której mówiła Erika. Chłopak machał do mnie energicznie obiema rękami. Jukka, nowy z naszej szkoły.
- Co do…? – mruknąłem zdezorientowany.
 

 
http://sankarea&;key=6tJcqWBFnqw&width=425&height=110" style="border: medium none;">Kolejny rozdział ^^ Nie zapomnijcie włączyć piosenki w połowie wpisu :D
✃ – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - -
"- Jeez, mamo, powinnaś trochę bardziej uważać! – jęknął chłopiec, taszcząc w dłoniach kartony.
- Przepraszam, Jace – uśmiechnęła się kobieta smutno. – Przeze mnie tracisz czas, który chciałeś poświęcić na jazdę na deskorolce.
Była bardzo piękna. Długie, idealnie proste blond włosy upięte w kitkę na czubku głowy, opadały delikatnie na jej prawe ramię. W lekko podkrążonych orzechowych oczach tliły się radosne iskierki. Szła na długich, szczupłych nogach, górując wzrostem nad swoim małym synkiem. Jej niedowaga odbijała się wyjątkowo na wystających obojczykach, ale na pierwszy rzut oka jej sylwetka nie miała nic do zarzucenia.
- Nie szkodzi. I tak zbiera się na deszcz.
- Powinieneś jeździć na niej do szkoły. Dziewczyny to lubią – zachichotała.
- Nauczyciele już mniej – westchnął chłopiec z udręką.
- A rozmawiałeś z panią od muzyki?
- Nie będę z nią rozmawiał – naburmuszył się. – Jest zbyt… przytłaczająca.
Kobieta roześmiała się niegłośno, ale szczerze. Otarła po chwili łzy z kącików oczu. Pamiętała, że ta nauczycielka jest mocno przy kości.
- Jak wrócimy, to trochę z tobą poćwiczę."

- Aaa!
ŁUP! „Ciało Jace’a w skutek gwałtownych ruchów podczas snu zsunęło się z łóżka i przy…łożyło w podłogę”.
Chciałbym odczuć swój upadek tak, jakbym to nie ja się zsunął, ale niestety. Wylądowałem na ziemi, owinięty szczelnie kołdrą – chociaż tyle, że aż tak bardzo się nie poobijałem. Mimo wszystko, taka pobudka nie należała do najprzyjemniejszych. Przewróciłem się na prawy bok i ku swemu zaskoczeniu zobaczyłem Bunny, okrytą kocykiem i tulącą jakiegoś pluszaka. W momencie, kiedy wskazałem ją palcem, zadawszy sobie samemu pytanie, ona zrobiła to samo:
- Co to za zwłoki?
- Co to za zwłoki?
Natychmiast w pokoju zjawiła się niania i zawołała ze złością:
- Jace! Czego ty ją uczysz mówić!
- Nie uczę… Już umiała – mruknąłem, nakrywając kołdrę na głowę. Jaka hałaśliwa kobieta.
Po jakichś kilkunastu minutach wyjrzałem zza pościeli. Pokój był pusty. Z westchnieniem podniosłem się z ziemi, nie bez trudu. Całe szczęście firany były zasłonięte i nic mnie nie oślepiło. Ciekawe która godzina. Skoro mała jeszcze spała, to pewnie dość wczesna. Wolny dzień nie zapowiadał się zbyt ciekawie. Przejechałem dłonią po twarzy, otwierając szafę. Mój mózg jeszcze nie zaczął dobrze pracować, więc robiłem wszystko odruchowo. Wyjąłem pierwszy lepszy T-shirt i spodnie, nałożyłem na siebie i doprowadziłem się szybko do porządku w łazience. Gdy już chwytałem torbę, gotowy wyjść, wyglądałem całkiem przyzwoicie na pierwszy rzut oka. Przypadkowy przechodzień nie zwróci przecież uwagi na lekko podkrążone oczy, włosy w nieładzie i lekko wymiętą koszulkę, prawda?
Załóżmy, że nie.
- Hej, hej! A ty gdzie? – zawołała niania, która zobaczyła, że wychodzę dopiero, jak stanąłem w progu drzwi wyjściowych. – I po co ci ta deskorolka?
Spojrzałem nieprzytomnie na deskę, a potem przeniosłem wzrok na kobietę.
- A do czego służy deska? – odpowiedziałem pytaniem, trzaskając drzwiami.
Słyszałem, jak woła coś z głębi domu, ale zignorowałem to. Nie zamierzałem jej wysłuchiwać lub spełniać próśb, choć właściwie nie wiedziałem nawet, gdzie zmierzam. Po prostu rzuciłem deskę na chodnik, stanąłem na niej i jechałem przed siebie. Mijałem budynki, ludzi, motory i samochody, ale niczemu nie poświęcałem uwagi. Z tego dziwnego stanu ocknąłem się dopiero, kiedy jakiś kierowca zatrąbił na mnie z furią, bo niemal wpadłem mu pod koła. Otworzyłem szerzej oczy, zaskoczony. Stałem na pasach, naprzeciw mnie paliło się czerwone światło. Cofnąłem się szybko na chodnik i oparłem się o słup. Poklepałem się kilka razy mocno po twarzy, starając się przywrócić do świata żywych.
Westchnąłem i obróciłem głowę. Dostrzegłem zielony, drewniany szyld z wypisaną na nim białymi zawijasami nazwą „Café”.
- Od razu lepiej – mruknąłem do siebie, biorąc kolejny łyk truskawkowej kawy z bitą śmietaną i cynamonem. Nie miałem nawet pojęcia, że można stworzyć coś takiego, ale smak to po prostu niebo w gębie.
Siedząc tak we wnętrzu przytulnej kafejki, obserwowałem przez szybę ludzi, przelewających się rzeką przez ulicę. Czasami dało się w szarym tłumie dostrzec takie dziwne osoby, że mi prawie oczy z oczodołów wypadały. Kiedy mi się to znudziło, kawa skończyła, a ja „wytrzeźwiałem”, rozejrzałem się po pomieszczeniu. Ogólnie wszystko było utrzymane w ciepłych barwach – czerwieni i beżu, gdzieniegdzie znalazł się również miętowy – głównie u mebli z ciemnym drewnem. Na ścianach wisiało dużo ramek z czarno-białymi zdjęciami przedstawiającymi Paryż oraz modnie ubranych ludzi, uśmiechających się do obiektywu. Lada mieściła się na lewo od wejścia, z góry padały na nią światła z podłużnych lamp, a za plecami pracowników stały szafko-komody z różnego rodzaju przyprawami, owocami, warzywami, ciastami oraz wszelkiego rodzaju napojami. Przy niej siedział jakiś młody chłopak, stukający w laptop, którego kabel sięgał gdzieś za ladę. Stoliki, przy których się siedziało, były białe i okrągłe, a pośrodku każdego stał wazon z ładnie pachnącymi kwiatami różnych gatunków. W dalszym kącie (nie dalekim, bo kafejka była niewielka) schody prowadziły na wyższe piętro. Ich barierka z powywijanych prętów miała czarną, chropowatą fakturę.
Było tutaj naprawdę ładnie i przytulnie, więc chcąc spędzić tu trochę więcej czasu, zamówiłem pierwsze lepsze ciasto. Wybór padł na tartę z borówkami. Siadając z powrotem na miejsce kazałem sobie zapamiętać, żeby wychodząc sprawdzić adres.
Na talerzu miałem już połowę ciasta, kiedy do środka wszedł kolejny klient. Nie zwróciłem na niego uwagi, dopóki nie rzucił na ziemię koło mojego stolika swojej torby i nie przysiadł się nagle do mnie. Uniosłem zdziwiony brwi. Moim oczom ukazała się… Różowowłosa. Patrzyła na mnie przez chwilę uważnie, a potem odchyliła się na oparcie i skrzyżowała ramiona.
- Erika.
- Pamiętałem – odparłem, przełknąwszy ciasto.
- Ta, od razu – prychnęła. Skupiła na mnie wzrok swoich intensywnie limonowych oczu. – Słuchaj, dowiedziałam się czegoś ciekawego.
Może najpierw mi powiesz, co tu robisz?, pomyślałem z lekką irytacją. Przyjrzałem jej się. Włosy miała splecione w jakiś dziwny warkocz, usta pomalowane lekko różowym błyszczykiem. To, co mnie głównie zaskoczyło, to jej ubiór. W szkole musimy nosić mundurki, a teraz miała na sobie białą koszulkę bez ramiączek z koronką na brzegach, a szyję obwiązaną błękitną wstążką, na której wisiał medalionik. Trzeba przyznać, że w tym jej kształty były dobrze widoczne. Mógłbym się założyć, że wszystko to zaplanowała.
Powróciłem spojrzeniem do swojej tarty i dziobnąłem ostatni kawałek widelczykiem.
- Cóż takiego? – zapytałem, choć nie spodziewałem się niczego specjalnego.
Oparła łokcie na stole, nachyliła się i wyszeptała:
- Parę rzeczy o Emily Raymond.
Uniosłem wzrok.
Wręcz doskonale widoczne w tej koszulce. Spojrzałem jej w oczy, starając się odgadnąć, po co to wszystko, ale na nic to się zdało. Otaczała ją jakaś żelazna bariera, za którą kryła swoje myśli i uczucia.
Włożyłem ciasto do ust.
- Kawy?

- Więc o co w końcu chodzi? – zapytałem, mieszając waniliową kawę z bitą śmietaną i orzechami. Chyba ciut przesadzam z tą kofeiną z rana. Zresztą z ilością słodkiego też.
- Moim zdaniem z rodziną Raymond zdecydowanie jest coś nie tak – zaczęła, wgryzając się w swoje bezowe ciastko. Okruszki spadły na jej jasne, dżinsowe spodnie. – Kiedy zapytałam mamę…
- Czekaj – przerwałem jej. – Dlaczego mi to w ogóle opowiadasz? I jakim cudem mnie tu znalazłaś?
Wrzuciła do swojej herbaty kostkę cukru, zamieszała, a potem oblizała łyżeczkę.
- Cóż, to najlepsza kafejka w pobliżu mojego domu i jak tak na ciebie wpadłam, to uznałam, że pewnie umierasz z ciekawości, by dowiedzieć się czegokolwiek o tej dziewczynie…
- Ubliżasz mi? – Zmarszczyłem brwi.
- Nie. – Wzruszyła ramionami. – Stwierdzam fakt. W każdym razie, kiedy zapytałam, czym zajmują się rodzice Emily, to mi z początku odpowiedziała, że to dość skomplikowane i powinnam raczej trzymać się od tej rodziny z daleka. Już samo to jest dziwne, nie sądzisz? – Wycelowała we mnie łyżeczką. – Jednak naciskałam dalej, aż mi wytłumaczyła, że jej matka ma jakby swoją sieć restauracji. Tyle że mówiąc „restauracji”, zawahała się, zupełnie jakby niepewna, czy to dobre słowo.
- Nie uważasz, że szukasz trochę dziury w całym? – zapytałem z powątpiewaniem.
- Nie. – Spojrzała na zegarek i wstała. – Dobra, ja muszę się zbierać. Przemyśl to, co powiedziałam i też się czegoś dowiedz, bo wisisz mi za te informacje. – Zaczęła grzebać w kieszeniach, aż w końcu coś wyjęła i położyła na stoliku. Banknot. – Za ciasto i herbatę.
Zanim zdążyłem jej powiedzieć, że nie musi za siebie płacić, dzwoneczek nad drzwiami wydał z siebie melodyjny dźwięk oznaczający, że klient wyszedł. Wywróciłem oczami i schowałem pieniądze do portfela. „Wisisz mi za informacje”. Tak, teraz rozumiem. Oddała mi kasę, żebym czasami nie potraktował tego deseru jako zapłatę za te informacje. Wstałem, zbierając się do wyjścia. Kelnerka podeszła, żeby zebrać naczynia. Uśmiechnęła się do mnie.
- Dziewczyna?
To pytanie w pierwszej chwili mnie tak zbiło z tropu, że zdołałem tylko pokręcić głową.
- Nie…
Gdy tylko wyszedłem na zewnątrz, dodałem w myślach: „I lepiej, żeby tak zostało”. Miałem wrażenie, że sobie ze mną pogrywa i irytowało mnie to. Role powinny być na odwrót.
Wskoczyłem na deskę, zmierzając tym razem do jakiegoś parku. Miałem w plecaku swój szkicownik i przybory do rysowania, także to popołudnie spędzę w taki ambitny sposób.
Skręcałem właśnie w jakąś boczną uliczkę, żeby szybciej dojechać na miejsce, kiedy się z kimś zderzyłem. Deska wyskoczyła mi spod nóg i wystrzeliła do przodu, a ja upadłem na tyłek.
- Cholera, człowieku… - urwałem, kiedy zobaczyłem, na kogo wpadłem. – Co ty tu robisz?
Alex leżał przewrócony na bok, oparty na łokciu. Podszedłem do niego.
- Halo, żyjesz?
- Zjeżdżaj – wychrypiał.
Nie zrozumiałem, co powiedział, ale w sumie mogłem się domyślić. Wzruszyłem obojętnie ramionami i zacząłem szukać spojrzeniem deski. Leżała przewrócona na prawo ode mnie, kółka jeszcze się lekko kręciły. Podniosłem ją z ziemi i jeszcze raz rzuciłem okiem na chłopaka, który wciąż się nie podnosił. Z tego miejsca mogłem zobaczyć jego twarz dużo wyraźniej i aż zakląłem.
- Kto cię tak urządził?! – zawołałem, kucając przy nim.
Z nosa ciekła mu krew, wargę miał rozciętą i okropną szramę na czole. Gdy mu się dalej przyglądałem, to zobaczyłem starte kostki u dłoni, mogłem się też założyć, że brzuch ma nieźle poobijany.
- Rusz dupę, bo zaraz ciebie też dorwą.
- Jaja sobie robisz? Zabieram cię do domu. Gdzie mieszkasz?
Przerzuciłem sobie jego rękę przez kark i pomogłem mu wstać.
- Idioto, nie dojdziemy tam, po prostu stąd wiej.
- Co ty im kurwa zrobiłeś? – warknąłem, czując, że powoli tracę nerwy.
Alex uśmiechnął się półgębkiem.
- Właściwie to nic, wysłałem tylko Cayo pizzę.
- Co? I dlatego się tak wkurzyli?
- Nie, wkurzyli się o napis z oliwek… Jak już go przetłumaczyli z polskiego.
Brunet zaczął się trząść od duszenia w sobie śmiechu. Uznałem, że o szczegóły mogę wypytać go później, teraz musimy znaleźć jakieś spokojne miejsce. Nie wiem właściwie, po jaką cholerę to robię. Jednak jeśli chciałbym potem skorzystać z pomocy Alexa, to nie mogę go tu teraz zostawić.
- Hej, hej, czy to nie nasz blondynek?! – rozległ się z tyłu głos.
- Fuck – mruknąłem, ale się nie odwróciłem.
- Chyba potrzebujesz drugiej lekcji, co, blondi?
Spojrzałem Cayowi w oczy z mocnym postanowieniem.
Nie uderzę go pierwszy.

✃ – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - -
1. „Dziwny warkocz”, o którym wspomniał Jace, to zwykły kłos.
2. Jace nie zrozumiał słów Alexa, bo ten powiedział po polsku.
 

 
http://sankarea&;key=51al2clduSs&width=425&height=110" style="border: medium none;">Yo~! Jeśli lubicie świat fantasy i pisanie, zapraszam tutaj:
http://blessed-mirror.forumcommunity.net/
Jest to forum grupowe, na którym tworzy się własną postać i pisze z innymi historie.
Fabuła "Lustra Bogów" polega na tym, że ludzie z naszego świata nagle trafiają do Shillien - magicznej krainy, pełnej niebezpieczeństw i tajemnic. Choć o tym nie wiedzą, mogą wrócić jedynie po wypełnieniu celu, którego wizję mieli podczas "przeskoku" między światami. Może to być uratowanie kogoś lub wywołanie wojny. Łatwo im na pewno nie będzie - bogowie, którzy rządzą Shillien z radością będą utrudniać im życie, by ich własne stało się ciekawsze.
Twoja postać zakocha się? A może prędzej znajdzie swego śmiertelnego wroga?

Strona kończy ostatnie budowy (głównie myślimy nad stworzeniem jeszcze paru miejsc akcji oraz tworzymy belkę), ale pierwsze osoby już grają :)
Także jeśli jesteście zainteresowani - zapraszam :3
 

 
Dodałabym jakieś obrazki lub zdjęcia do postaci, niestety jednak mój net mocno szwankuje i mogę zrobić tylko tyle :C Potem jeszcze wstawię ulubione ich utwory, ale nie mogę nawet teraz wrzucić piosenek =w="
✃ – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - -

*Asuna Himeko* – daleka rodzina ojca Jace’a, kuzynka dla chłopaka, ale nazywana ciocią. Aktualnie jego zastępcza matka. Ma 30 lat, wyszła za mąż w wieku 20, ma siedmioletnią córkę. Pracuje jako kucharka w bardzo poważanej restauracji, znana jest z łączenia w potrawach motywów wschodnich z zachodnimi – nie boi się tego robić, bo jest kobietą wyjątkowo tolerancyjną. Nauczyli ją tego rodzice – mama była Japonką, a tata Amerykaninem. Z charakteru jest dość cierpliwa, łagodna, ale i uległa, trudno jej przeciwstawiać się ludziom, jeśli boi się, że może ich w jakiś sposób urazić (a zazwyczaj takie sposoby potrafi wymyślić bez większego problemu). Budowę ma drobną i kruchą, jest raczej niska, ma długie, orzechowe włosy, które zazwyczaj zaczesuje na bok lub w kok i duże, intensywnie zielone oczy. Rysy jej twarzy są delikatne, a skóra zadbana – wygląda z tego powodu dużo młodziej. Bardzo stara się, żeby życie Jace’a było jak najwygodniejsze i bez zbędnych przykrości.

✃ – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - -

*Usagi Himeko* – córka Asuny i Seiichiego. Mała, urocza, pocieszna i rozkoszna, adorowana przez wszystkich. Trochę wstydzi się Jace’a, ale lubi kręcić się koło niego. Budowę ciała i włosy, tylko trochę bardziej zakręcone, ma po mamie, natomiast czekoladowe oczy – po tacie. Od kiedy chłopak powiedział jej, po jakiej bohaterce nosi imię, namiętnie ogląda z mamą to anime i woła do przechodniów przy każdej możliwej okazji: „Ukarzę cię w imieniu Księżyca!”.

✃ – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - -

*Niania* – w rzeczywistości nazywa się Minami Nakai. Służy rodzinie Himeko od samego początku, czyli czasu, kiedy tylko ktoś musiał się zająć małą Usagi. Uwielbia bezinteresownie pomagać innym, choć niektórzy mówią, że jest po prostu wścibska, jednak jej zamiary są dobre. Nigdy nie skarży się na swoją pracę, właściwie to nawet ją lubi, bo jej własna rodzina jest bardzo nieliczna, a wiele z nich nie ma już na tym świecie, dlatego cieszy się, że może spędzać czas wśród tak miłych ludzi. Jest lekko przy kości, ale nie rzuca to się w oczy, bo jest dość wysoka jak na Japonkę. Ma czarne włosy lekko za ramiona, które związuje zawsze na czubku głowy w kitkę oraz czarne, przenikliwe oczy, a także lekkie zmarszczki w okolicach ust.

✃ – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - -

*Seiichi Himeko* – samozwańczy wujek Jace’a. Kiedy chłopak się do nich wprowadził, wciąż zwracał się per „pani” i „pan”, a mężczyznę denerwowało (w rzeczywistości to było mu przykro, ale nigdy by się do tego nie przyznał), że mieszka w ich domu i odzywa się tak oficjalnie, więc wprowadził zwroty „ciociu” i „wujku”. 2 lata starszy od żony, wielce ją kocha i otacza troską i opieką. Kiedy ma okazję, lubi czytać córce bajki na dobranoc, chociaż jest już dość duża. Zgrywa twardziela i surowego pana, ale raczej słabo mu to wychodzi. Pracuje w wielkiej firmie budowlanej i dostawał zlecenia na jedne z największych hoteli w okolicach. Jest dobrze umięśniony (na tyle, by poradzić sobie z krwiożerczym słoikiem od ogórków), nie za wiele wyższy od Asuny. Na lewym ramieniu ma tatuaż – smoka, który gryzie własny ogon, pamiątka z „szalonej młodości”, której historii nie chce opowiedzieć. Z twarzy jest przystojny, ale nie jakoś wyjątkowo – ot, miły, uśmiechnięty facet o krótkich, lekko zmierzwionych czarnych włosach i równie czarnych oczach.
  • awatar Detroit-dreams: fajnie że dodajesz te opisy postaci, potem łatwiej jest 'wskoczyć' w opowiadanie :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

Oto i rozdział drugi :) Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali poprzedni ^^ Jestem naprawdę wdzięczna (*≧▽≦) Mam nadzieję, że wytrwacie ze mną jeszcze :D Dodam jutro wpis z opisem paru postaci pobocznych.
✃ – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - -
Starałem się nie uśmiechać, idąc przez korytarz i czując na sobie zewsząd spojrzenia dziewczyn. Zarzuciłem koszulkę na ramię, zmierzając do stołówki. Nie wszedłem jednak do środka, tylko czekałem pod drzwiami. Chciałem oczywiście jak najszybciej przywalić Włoszkowi, ale w takich sprawach jestem realistą i doskonale wiedziałem, że nie miałbym szans z nimi wszystkimi. Gdy tylko więc zobaczyłem, jak Alex staje w progu, chwyciłem go za ramię. Spojrzał się na mnie dziwnie, zupełnie jakbym nie wiadomo co chciał z nim zrobić, a ja w odpowiedzi wywróciłem oczami. Okej, może i byłem półnagi, ale nie homo.
- Słuchaj, nie masz może jakiejś zapasowej koszulki czy na wuef, bo jak widzisz…
- Mamy w planie wuef. Nie masz swojej? – przerwał mi szorstko.
Otworzyłem usta i rozłożyłem ręce w geście niedowierzania. Czy wyglądam na osobę, która ma iloraz inteligencji poniżej normy? Gdybym miał swoją, to chyba bym ją dawno założył. Zapomniałem z domu.
Dobra, nie spojrzałem na plan. Przecież i tak nic nie robimy na lekcjach.
- Jakąś tam mam – wyznał w końcu niechętnie.
- Luz, przecież ci jej nie zjem.
Podeszliśmy do jego szafki. Kiedy tylko założyłem na siebie koszulkę, klepnąłem go w plecy, dziękując i ruszyłem z powrotem do klasy. Miałem nadzieję, że niespodzianek na dziś już wystarczy, ale czekało mnie kolejne rozczarowanie. Mijając damską toaletę, usłyszałem uniesione głosy i głośne rechoty. Zatrzymałem się. Chyba powinienem wejść. Nie trudno było się domyślić, co tam się działo. Już chciałem nacisnąć klamkę, kiedy ktoś mnie odepchnął.
- Nie wstyd ci? – prychnęła dziewczyna „pół-cośtamcośtamcośtam”. Spięła już swoje różowe włosy, najwyraźniej szykując się do wuefu.
- Lepiej, jak ja tam wejdę – ostrzegłem ją, sięgając znów do klamki, ale po raz kolejny dostałem po łapach.
Rozległ się wrzask. Oboje spojrzeliśmy w stronę łazienki.
- Poradzę sobie.
- Czekaj…!
Zakląłem głośno. Jakim cudem wciskają wszystkim kit, że to szkoła, w której wszyscy się niesamowicie kulturalnie zachowują? To po prostu niemożliwe. Niewykonalne. Absurd. Największy w świecie absurd. Piekliłem się tak, aż nagle drzwi otworzyły się z hukiem, a na podłodze wylądowała różowowłosa. Grupka dziewczyn wycofała się szybko ze środka, mówiąc coś do siebie o psychopatce i przywalając mi przy okazji w ramię. Każda po kolei. Patrzyłem za nimi, dopóki nie znikły za rogiem korytarza.
- Bitches – mruknąłem, masując ramię. Akurat w sam mięsień. Zaplanowały to, czy jak? Dopiero wtedy przypomniało mi się o poszkodowanych. – Nic ci nie jest? – zapytałem leżącej, ale wstała bez mojej pomocy.
- Erika – przedstawiła się.
Aż tak było po mnie widać, że nie pamiętałem jej imienia?
- Jace.
- Pamiętam – odparła z kpiącym uśmiechem.
Zrobiłem minę w stylu „wielce mnie to cieszy”, a potem wskazałem na łazienkę w niemym pytaniu.
- Emily chyba znalazła dobry sposób na odpędzenie się od natrętnych much. – Kiedy zobaczyła, jak unoszę brew, dodała: - Muchy, zlatujące się do padliny zupełnie jak sępy.
Krwiożercze spojrzenie.
- Tak, tak – mruknąłem, zaglądając do środka i zawołałem: - Nic ci nie jest?
- Nie wygląda na to, żeby chciała z tobą rozmawiać – zakpiła Erika.
- To może ty z nią porozmawiaj? – zaproponowałem niewinnie.
- Żeby znów zaczęła wrzeszczeć? Dziękuję, ale nie – prychnęła, zbierając się, żeby pójść.
Chwyciłem ją za rękę, a ona spojrzała na mnie, marszcząc brwi.
- Proszę.
Westchnęła z irytacją i weszła do łazienki.
- Nie wiem, po jaką cholerę to robię.
- Bo prosi cię przystojny chłopak? – Uśmiechnąłem się.
Zatrzymała się w progu i zlustrowała mnie uważnie.
- Ta, być może – przyznała.

W ten sposób upłynął cały tydzień. Każdego dnia byliśmy potrącani, kopani, szturchani, wyśmiewani, na szczęście obyło się bez takich akcji jak na stołówce i w łazience. Myślałem już, że sobie odpuścili. Gdyby nie to, że wciąż się poruszali, tak samo chłopaki jak i dziewczyny, w grupkach, to już bym to dawno załatwił i jestem pewien, że Alex tak samo. Niestety ani razu nie było takiej sposobności. Czekaliśmy więc, porozumiewając się jedynie spojrzeniami, a frustracja coraz bardziej się w nas gotowała. Trudno znosić coś takiego. Wolałem jednak nie wybuchać w szkole. Nie chciałem trafić do rodziny zastępczej, gdyby mnie stąd wywalili. W końcu ojciec nie kłopotałby się przeprowadzaniem kuzynów, a pod swój dach mnie nie przyjmie.
U mnie w domu zapanował „cichy tydzień”. Wujek (mój „zastępczy” tata) wyjechał służbowo do Francji na jakiś czas, ciocia („zastępcza” mama) z kolei pracowała do późna z powodu choroby jej znajomej, którą musiała zastępować. Małą zajmowała się w tym czasie niania, ale tej kobiety staram się unikać, kiedy tylko mogę. Zawsze się zachowuje jak wszechwiedząca wróżbitka.
W piątek, wszedłszy do domu, rzuciłem torbę na stół i klapnąłem na kanapę. Dłoń dociskałem do czoła. Nad lewym okiem krwawiła mi szrama, dzisiejszy „wypadek” po grze w kosza. Schylałem się do swojej szafki, żeby włożyć tam buty, kiedy Cayo na mnie „wpadł”. Zaryłem idealnie w sam kant. Nie odwróciłem się, żeby mu przywalić, chociaż tak bardzo chciałem. Uznałem, że w weekend go znajdę i wtedy wyrównam rachunki, choćby sam. Miałem tego dosyć.
Czując, jak krew przecieka mi między palcami, bo rana uparcie nie chciała się zasklepić, poszedłem do pralni po jakąś ścierkę. Gdy wróciłem do salonu, niania polerowała stolik. Rzuciła na mnie okiem, zaczęła znów szorować, a potem się wyprostowała i jeszcze raz na mnie spojrzała. Opierając jedną rękę na biodrze, drugą wskazała na mnie.
- Co żeś narobił?
Skrzywiłem się kwaśno. Nie miałem ochoty na pogaduchy z nią.
- Uderzyłem w szafkę – wyjaśniłem, łapiąc szybko torbę i zmierzając do swojego pokoju. Niestety chwyciła mnie mocno za ramię i wbiła we mnie wzrok.
- Nie rób nic głupiego.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz – syknąłem, nie mogąc znieść spojrzenia tych czarnych oczu.
- Myślisz, że nie wiemy, jak jest w tej szkole? – zapytała oskarżycielskim tonem, zupełnie jakby to była moja wina. – Twoja ciocia od samego początku się o ciebie martwi i dzwoni do mnie, pytając, czy wszystko w porządku.
- Przestań gadać, jakby was to naprawdę obchodziło – warknąłem, wyrywając się z uścisku. – Nie jestem członkiem tej rodziny.
Strzeliła mnie szmatką po ręce, marszcząc przy tym gniewnie brwi.
- Możesz się nie uważać za ich rodzinę, ale teraz oni cię wychowują i jesteś pod ich opieką, więc okaż im szacunek. Takich ludzi…
Nie dałem jej dokończyć. Wyrwałem jej szmatę z ręki i rzuciłem na stół, cofając się o krok.
- Jakieś jeszcze wymagania? Zupełnie, jakbym chodził do tej szkoły tylko po to, żeby nawinąć się pod but Cayo! – zawołałem ze złością. – Jestem tutaj tylko dlatego, że nie mam innego wyjścia! Poczekacie sobie dwa lata i się stąd wyniosę, będzie problem z głowy! O co ci w ogóle do cholery chodzi?!
- O co mi do cholery chodzi?! – powtórzyła, czerwieniąc się. Gwałtownym ruchem odgarnęła z czoła czarne kosmyki. – Nie udawaj idioty! Doskonale wiem, że tylko myślisz o tym, żeby oddać tym bachorom za to, co ci robią każdego dnia! – Nie dała mi dojść do głosu, kontynuowała dalej, mówiąc coraz głośniej. – I Asuna też o tym wie! Tylko ty chyba nie zdajesz sobie sprawy, że jeśli spróbujesz im oddać, dopadną cię potem w jakimś ciemnym zaułku i wylądujesz w szpitalu, bo tak się płaci za uszczerbek na twarzy obrzydliwie bogatych, zepsutych bachorów!
Patrzyłem na nią, niewzruszony jej słowami.
- Myślisz, że ich świat tak się różni od mojego starego? – zapytałem, marszcząc brwi. – Tam nikt nie rzygał kasą, a potrafili postrzelić gościa tuż obok budynku szkoły.
- Więc tak chcesz skończyć? Postrzelony? To nie ma sensu, Jace. Po prostu ich unikaj – poprosiła, spuszczając nagle z tonu.
Faktycznie, nie ma sensu. Tylko w takim razie co innego mam robić? Dalej pozwalać sobą pomiatać, jak żałosna kreatura? Jedyny gość, który mógłby mi pomóc, to Alex, ale to wciąż za mało. Musiałbym zebrać paczkę równą ich, a to raczej odpadało. Marne szanse, że ktoś chciałby im się postawić. Nie jestem z natury cierpliwy, więc nie będę czekał, aż się znudzą.
- Jace?
Znikąd pojawiła się Usagi i zaczęła ciągnąć mnie za pasek spodni, wlepiając we mnie ten swój błagalny wzrok cierpiącego szczeniaczka.
- Jace nie powinien się z nikim bić – powiedziała cichutko.
Odwróciłem do niej wzrok i przeniosłem go na nianię. Robiąc przy tym stanowczą minę, zapewniłem ją, że pierwszy nikogo z tej szkoły nie uderzę. Chyba na razie ją to usatysfakcjonowało, bo skinęła głową i uśmiechnęła się lekko. Położyła dłoń na kasztanowych lokach dziewczynki.
- Nie jesteś taką osobą, jaką próbujesz grać, Jace – szepnęła.
Odwróciłem się i wszedłem w końcu do swojego pokoju. Kiedy drzwi zatrzasnęły się z hukiem, mruknąłem do siebie:
- Nikogo nie gram.
Spojrzałem w sufit. Jego biel przypominała mi barwy panujące w szpitalu. Zamknąłem oczy i usiadłem na dywanie. Rzuciłem zakrwawioną szmatkę na podłogę, bo rana przestała tak intensywnie krwawić.
Czy ja naprawdę gram? Czemu ledwo co poszedłem do tej szkoły i przy tych paru osobach zachowuję się już jak dawniej…? Zupełnie jakbym zapomniał o swoich troskach. Jakbym zapomniał o niej. Położyłem się, zaciskając mocniej powieki, aż mi zatańczyły kolorowe plamki. Nie tędy droga – pomyślałem. Nie mam prawa być szczęśliwy, skoro ona nie będzie mogła nigdy więcej się już uśmiechnąć. Jaki jestem naprawdę? Co niania uważa za grę? Wesołość i odwrócenie się od rzeczywistości? Czy może właśnie to jest moją rzeczywistością, a ja sam siebie pogrążam w zgorzkniałej skorupie?
- Co ja pieprzę? – warknąłem do siebie. – Jak zwykle, głupia wróżbitka coś powie i od razu myślę o głupotach.
Wstałem gwałtownie, chwyciłem czysty papier z łóżka i przysiadłem do biurka, żeby zacząć rysować. Filozofowanie nie jest zdecydowanie w moim stylu.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

Okej, to dodaję rozdział 1. Mam nadzieję, że wam się spodoba :)
✃ – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - –

- W tym roku dochodzi do waszej klasy aż sześć osób! Powitajcie ich proszę.
Klasa obrzuciła nas obojętnym wzrokiem i wymruczała chóralnie przywitanie. Skinęliśmy głowami. Stałem na samym początku „sznurka do ostrzału”, więc musiałem pierwszy się też odezwać. Z irytacją poprawiłem torbę na ramieniu, czując, jak szew czarnej bluzy wrzyna mi się w skórę. Powiodłem raz jeszcze spojrzeniem po klasie. W mojej szkole w Ameryce były różne indywidua, ale ci tutaj to kompletna mieszanka wybuchowa. Wrzuć do jednego wora ludzi ze wszystkich możliwych stron świata, wmawiając, że wór to jedwab i miej nadzieję, że będą grzeczni. Na tę myśl starałem się nie wywrócić oczami. Naprawdę się starałem. Ale to było silniejsze. Przypominając sobie, że cisza się coraz bardziej dłuży, szybko jeszcze rzuciłem okiem na swoich towarzyszy „do odstrzału”. Emo i nadpobudliwe dziecko. Nieogarnięta laska, panna „bez kija nie podchodź” i milczek. Zapowiada się ciekawie. Tak. Pokiwałem bezwiednie głową i w końcu się przedstawiłem:
- Jace Blake, urodziłem się w Ameryce. Niezmiernie miło mi was poznać.
Przestąpiłem z nogi na nogę, zniecierpliwiony. Chciałem już usiąść w spokoju i mieć ten cały cyrk z głowy. Ile my mieliśmy lat, żeby bawić się w coś takiego? Spojrzałem w bok, na kolejną osobę, która miała się zaprezentować. Głowę miała zwieszoną tak nisko, że nawet nie mogłem stwierdzić, czy jest ładna. Stopy wykręciła do środka, palce zaciskała na zwiewnej zielonej tunice. Sylwetkę miała w sumie ładną, co widać było po obcisłych, stylowo „łatanych” dżinsach. Przy okazji zauważyłem, że trochę trzęsą jej się nogi. Uniosłem brew. Czego tu się bać?
- Nazywam się Emily Raymond i też urodziłam się w Ameryce… – wydukała w końcu. Miała zaskakująco ładny głos.
Kolejnym osobom nie mogłem się przyjrzeć, nie wychylając się jak głupi, więc zrobiłem krok do tyłu i oparłem się o ścianę.
- Ingrid Arnesdottir, Norwegia.
Dziwniejszego nazwiska nie było?
- Jest…
- Może zechcesz najpierw wyciągnąć słuchawki z uszu?
- Jestem Alex Trap, w moich żyłach płynie polska i japońska krew.
Niezła kombinacja. Zapalony fan muzyki, czy może skrzywdzone dziecko uciekające do świata muzyki?
- Dzisiaj nie mam dobrego dnia, więc się streszczę. Erika Cat Cheshire. Pół-Angielka. Pół-Finka. Mentalnie ćwierć-Francuzka. Nie do końca miło mi was poznać, ale to szczegół. Koniec streszczenia.
Po co ta szopka? Im też nie jest miło cię poznać.
- Teraz ja! Jestem Jukka! Miło poznać!
Głośniej, bo cię nie słychać.
Nauczycielka to była chyba pedantką, bo wszyscy w klasie siedzieli na zmianę: chłopak, dziewczyna. W dwóch ostatnich rzędach były po trzy miejsca. Zanim się zorientowałem, te lepsze zostały zajęte. Jakiś pedał podstawił mi haka, jakbyśmy byli w podstawówce, więc zdzieliłem go w piszczel. Nie szukam bójek, ale na pewno nie dam sobą pomiatać. Jak raz im pozwolę, to do samego końca nie dadzą mi spokoju. Nie mam ochoty użerać się z bałwanami. Chcę tylko rysować.
Usiadłem na porządnym krześle i spojrzałem w lewo na towarzyszkę. Mierzyła mnie jakimś dziwnym wzrokiem. Na widok jej miny skrzywiłem się kwaśno i odwróciłem głowę w drugą stronę, zapominając się uśmiechnąć. Nasze spojrzenia się skrzyżowały, ale trudno, nie przeproszę jej za reakcję na jej dziwny wzrok. Może przy innej okazji.
Po mojej drugiej stronie też usiadła dziewczyna. Szybko doszedłem do wniosku, że nie będę musiał się martwić o wścibskość z jej strony. Chwila, jak ona się przedstawiła…? Emily chyba. Właśnie odgarniała włosy z karku, żeby zasłonić nimi twarz. Doprawdy… Z westchnieniem wzruszyłem ramionami. Chwyciłem za ołówek, wyjąłem z torby notes, podręczniki i zeszyty, z kieszeni spodni wygrzebałem ołówek i pogrążyłem się w swoim świecie. Na razie ograniczałem się do samych marginesów, trochę notatek trzeba robić w końcu. Szybko jednak klaustrofobiczne białe miejsca ogrodzone czerwoną linią mi się znudziły, więc otworzyłem swój najdroższy notes. Przejechałem delikatnie dłonią po pierwszej stronie, a potem odnalazłem czystą kartkę. Zanim skończyłem choćby bardzo ogólny szkic, rozbrzmiał pierwszy dzwonek. Przechodząc obok ławki dziewczyny po prawej, zauważyłem, że wciąż drżą jej dłonie.
Uznałem, że warto poszukać teraz swojej szafki, skoro rano nie miałem czasu. Rozejrzałem się. Wysokie, srebrne, porządnie wykonane szafki były oznaczone numerami koło 50, a mi się trafił 229. Ruszyłem korytarzem, obserwując zmieniające się numery. Dopiero po chwili się zorientowałem, że jestem pod obstrzałem wrogich spojrzeń. Cwaniackie uśmiechy błąkały się na ustach starszych uczniów, inni wykonywali gesty, które raczej nie oznaczały „chodź, zostańmy przyjaciółmi”. Na szczęście szybko doszedłem do swojej szafki.
Choć w sumie trudno nazwać to szczęściem. Jakiś chłopak opierał się ramieniem o numer 230. To mogło oznaczać tylko jedno, a mnie zastanawiało, skąd wiedział, jaki ja mam numer. Pomimo tego podszedłem do niego, prześlizgnąłem się po nim spojrzeniem i wyjąłem kluczyk z kieszeni spodni. Wsadziłem go do zamka i powoli otworzyłem, nie wiedząc, czy czasami mi czegoś nie wsadzili. Nagle drzwiczki zatrzasnęły się z hukiem. Mrugnąłem kilka razy.
- Szukasz czegoś?
Odwróciłem głowę w jego stronę, krzywiąc się kwaśno.
- Czy otwieranie swojej własnej szafki naprawdę sugeruje ci, że czegoś szukam? – odparłem, wciąż zaciskając palce na kluczyku.
- Twoja twarz sugeruje mi, że szuka mojej pięści – wysyczał groźnie.
Przeciągnąłem dłonią po twarzy, maskując swój uśmiech, jednocześnie zaciskając język zębami, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Przyjrzałem mu się uważniej. Wyglądał na trzecią klasę. Był wysoki i masywny, ale nie wydawało mi się, żeby był specjalnie szybki. Urodą się nie wyróżniał– zwykła twarz, ni to brzydka, ni to przystojna. Krótko ścięte brązowe włosy. Z takim wizerunkiem może zgrywać twardziela w szkole dla bogaczy. Byłem jednak na tyle mądry, by nie lekceważyć go z powodu wyglądu. Gdzieś za sobą usłyszałem huk. Odwróciłem się. Ten nadpobudliwy chłopak chyba próbował zapytać o coś tych gości, a to nie było dobre posunięcie. Wyjąłem kluczyk i odwróciłem się do chłopaka.
- Widzisz, nie lubimy nowych… – urwał, lustrując mnie wzrokiem. – Ale plakietka „nowy” może szybko zniknąć, w pewien sposób.
- Yup, w końcu z czasem wszystko przestaje być nowe – odpowiedziałem i ruszyłem z powrotem pod klasę.

✩ ✩ ✩

Myślałem, że dzień przebiegnie już bez większych przeszkód, kiedy nadszedł czas na przerwę obiadową. W tej szkole trwała ona aż pół godziny, a stołówka miała naprawdę szeroką gamę potraw do wyboru. Jednak przez ten czas zdumiał mnie jeden fakt – nigdzie, ani na korytarzach, ani w stołówce, nie widać było nauczycieli. Naprawdę aż tak ufali uczniom? Cóż, nam, nowym, nie wróżyło to nic dobrego.
W tym pomieszczeniu miejsca było aż nadto. Moi „odstrzeleni” towarzysze pozajmowali już miejsca i jedli w samotności. Postanowiłem wziąć z nich przykład. Nałożyłem sobie spaghetti i usiadłem w kącie. Przyjrzałem się ludziom, których rozpoznawałem z klasy. Norweżka aktualnie leżała z głową koło pustego talerza i spała, inna z kolei miała różowe włosy, jadła w spokoju chyba lazanię. Chłopak, który na pierwszej przerwie oberwał, też siedział sam i raczej nie był z tego powodu zbyt pocieszony. Emo, czyli chyba ten polak-japoniec Alex, cały ubrany na czarno, nic sobie nie przyniósł. Głodówka?
Na końcu dostrzegłem Emily. Na stoliku przed nią leżało jedynie jabłko. Siedziała z kolanami pod brodą i co chwilę ocierała dłonią twarz, jak zwykle ukrytą za włosami. Na moje oko, to ona powinna się już stąd zwijać. To nie szkoła dla takich beks. Dosłownie ją tu zmiażdżą.
- No, blondynku, czas na pierwszą lekcję.
Zamknąłem oczy na dłuższą chwilę, szykując się na to, co przygotowali. Zauważyłem, że reszta nowych mi się przygląda.
- Po pierwsze, nazywam się Cayo.
Majestatyczne imię – mruknąłem w myślach, dziobiąc dalej spaghetti.
- I ja, i chłopaki, nie lubimy, kiedy nie okazuje nam się szacunku.
Drgnąłem na słowo „chłopaki”. Ma swoją brygadę? To nieciekawie.
- I właśnie ignorowanie nas to między innymi okazywanie braku szacunku.
Zdążyłem się zorientować, co chce zrobić, więc zerwałem się z krzesła, niestety niewystarczająco szybko. Mój dzisiejszy obiad wylądował na granatowej koszulce z czerwoną nazwą jakiegoś zespołu. Odsunąłem się kilka kroków i zrobiłem dziwną pozę, żeby resztki makaronu nie spadły mi na spodnie. Spojrzałem na Cayo, czując gotującą się we mnie złość. Najchętniej bym mu teraz przyłożył, ale nagle za jego plecami wyrosła kolejna trójka chłopaków.
- Mam nadzieję, że dobrze zapamiętałeś lekcję pierwszą.
Kopnąłem w jego stronę krzesło, ale zdążył je zatrzymać stopą. Spojrzał na mnie wyniośle. Marzyłem, żeby zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy, ale to będzie musiało poczekać. Wyszedłem ze stołówki, po drodze kopiąc wszystko, co mi się nawinęło pod nogi i zacząłem rozglądać się za toaletą.
Gdy tylko otworzyłem jej drzwi, sapnąłem, próbując powstrzymać odruch wymiotny.
- Holy shit! – zawołałem w ojczystym języku.
W środku tak waliło papierosami, że niemal się shaftowałem. Podbiegłem natychmiast do okien i otworzyłem wszystkie na oścież. Usiadłem na parapecie i wystawiłem głowę na zewnątrz, czekając, aż się przewietrzy. Po chwili zeskoczyłem na ziemię, ściągnąłem koszulkę i wrzuciłem ją do zlewu. Miałem wielką nadzieję, że zwykłym mydłem zejdzie. Zaatakowałem maszynę z mydłem. Zawzięcie szorowałem T-shirt, klnąc po angielsku pod nosem jak szewc. Właśnie miałem rzucić go w kąt ze złości, kiedy ktoś wszedł do łazienki. W progu stała Emily. Po raz pierwszy zobaczyłem jej twarz. Wprawdzie grzywka wciąż zasłaniała jej czoło, ale mogłem dostrzec duże, złote oczy z wyrazistymi rzęsami i ładną, delikatną twarz. Kiedy ja zastanawiałem się, czemu do piekieł kryła się z taką urodą, ta chyba dopiero mnie zauważyła. Otworzyła szeroko oczy i cofnęła się o krok.
- Ja… Przepraszam, to męska toaleta?
Rzuciłem okiem na wciąż brudną, nawet chyba bardziej niż wcześniej, koszulkę i zapytałem ją:
- Wiesz może, czym by zeszła ta plama?
- N-Nie… Przepraszam… – powtórzyła drżącym głosem.
Nie widziałem problemu w tym, że weszła do męskiej toalety, dlatego ignorując jej dziwne zachowanie, podszedłem do niej.
- A nie masz może jakiejś koszulki na wuef, którą…
- Nie podchodź! – krzyknęła nagle, znów się cofając. Zasłoniła głowę rękami i kucnęła, jakbym miał ją zaraz uderzyć.
Uniosłem zaskoczony brwi. To już mnie kompletnie zdezorientowało. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, chcąc zapytać, czy dobrze się czuje, ale widząc to, jedynie wrzasnęła. Pokręciłem głowę i zostawiając ją tak skuloną na ziemi, wyżymałem koszulkę i wyszedłem z łazienki z zamiarem znalezienia tego Alexa. Może pożyczy mi koszulkę. Zamykając drzwi, odwróciłem się na chwilę i napotkałem spojrzenie zapłakanych oczu.
  • awatar Detroit-dreams: podoba mi się. życzę ci weny i powodzenia w prowadzeniu bloga :) i dzięki za te wszystkie komentarze na moim blogu i za konstruktywną krytykę. :)
  • awatar Cat Machine: ciekawie się zapowiada :) fajnie,że dodałaś informacje o głównych bohaterach i o fabule twojego opowiadania. Zobaczymy co będzie dalej. Na razie dodaję do obserwowanych :)
  • awatar Chicka!: Czyli chciałabyś być dzienikarką albo pisarką. Zauważyłąm ,ze lubisz pisać.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 

A teraz przedstawię bohaterkę, trochę mnie główną ;) *Jeśli nie chcecie znać motywów jej działań* nie czytajcie części o charakterze i rodzinie.
✃ – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - –
"A wiesz, gdzie jest piekło? W naszych umysłach..."

*Imię* Emily

*Nazwisko* Raymond

*Płeć* Dziewczyna

*Wiek* 17

*Narodowość* Ameryka Północna, Stany Zjednoczone

*Wygląd* Uwielbia jeździć na rolkach i dawniej ćwiczyła gimnastykę artystyczną, także ruchu nigdy jej nie brakowało. Z tego powodu jest szczupła i zwinna, nie ma zbędnego tłuszczu, ale nie jest żadnym chudzielcem. Lubi szyć, modelować i rzeźbić, zrobiła nawet dwie wyjątkowo ładne lalki – jej dłonie są równie sprawne co umysł. Ma puszyste, trochę postrzępione ciemnobrązowe włosy i prostą grzywkę. Oczy jej są duże i złote, chociaż trudno dostrzec ich prawdziwe piękno, bo dziewczyna często chowa twarz za włosami. Skórę ma delikatną, dość podatną na rany.

*Charakter* Emily jest bardzo cicha i skryta w sobie, woli być w cieniu i nie wyróżniać się z tłumu. Chodząc wśród ludzi, nie patrzy nikomu w oczy i trzyma głowę spuszczoną. Wszyscy zakładają, że jest nieśmiałą szarą myszką. W rzeczywistości woli ona unikać towarzystwa, bo kiedy ktoś się stanie zbyt nachalny, robi się agresywna, a nie lubi tej strony siebie, nad którą nie umie zapanować. Z drugiej strony może zareagować jeszcze inaczej – skuli się w sobie i zacznie krzyczeć, żeby dali jej spokój. Wszystko to wynika z urazu, jakiego przysporzyła jej znienawidzona matka. Uwielbiała się na niej wyżywać po powrocie z pracy, wrzeszczała, czasem nawet szarpała. Kiedy zabierała ją na swoje spotkania towarzyskie, jej „znajomi” zachwycali się jej pięknem poprzez dotyk. Nie ufa ludziom, chociaż bardzo by chciała uczestniczyć w szkolnym życiu, pracować z innymi i im pomagać.

*Nastawienie do szkoły* Nie ma problemów z nauką, raczej szybko się uczy, dlatego wystarcza jej trochę czasu w domu, a na lekcjach myśli o niebieskich migdałach. Chciałaby poznać ludzi, którym potrafiłaby zaufać i zwierzyć się z tego, co leży jej na sercu, ale sama nic w tym kierunku nie zrobi. Nowa szkoła wywołuje u niej strach i gra na nerwach.

*Ciekawostki*
- Gdy była mała, spadła z huśtawki i rozbiła sobie kolano, ale była tak zszokowana, że zaczęła się bujać dalej z krwawiącą raną, jak gdyby nigdy nic
- Lubi się przebierać w różne stroje, ale od kiedy jej matce odbiło, jest ograniczona jedynie do swojej garderoby i maszyny do szycia
- Interesuje się średniowieczem
- Lubi pisać
- Zawsze marzyła o posiadaniu wielkiego psa, na którym mogłaby jeździć jak na koniu i wtulać się w jego ogromną głowę

*Fetysze*
- Orientalne zapachy, a także te zwykłe, jak zapach nowych książek
- Takt i delikatność
- Kreatywność
- Kwiaty

*Rodzina* Rodzice Emily kochali się kiedyś, nawet bardzo mocno i właśnie z tej miłości narodziła się ich córka. Minęło parę lat i zaczęły się pierwsze zgrzyty między nimi. Oboje wciągnęli się w swój biznesowy świat, a dziewczynka była wychowywana przez nianię. Bardzo ją ceniła, była to mądra i miła kobieta o imieniu Jolie, nigdy nie sprawiała jej kłopotów. Kiedy stała się na tyle dorosła, że nie potrzebowała wciąż opieki, to w tym właśnie czasie jej rodzice zaczęli się poważnie kłócić. Głównie chodziło o biznesy. W końcu nauczyli się żyć w jednym domu, ale to wcale nie oznaczało, że znów czuli do siebie to, co dawniej. Co jakiś czas zabierali Emily na spotkania towarzyskie. O ile na tych, na które zabierał ją tata, wystarczało ładnie wyglądać i się uśmiechać, tak na tych, na które zabierała ją matka, jej znajomi często zanadto się zbliżali do dziewczyny. Głaskali ją, dotykali, chuchali na kark. W końcu zaczęła się przed tym bronić, kuląc się i wrzeszcząc. Matka przestała ją zabierać na spotkania, choć wciąż ze dwa razy do roku musiała iść. Emily bardzo by chciała porozmawiać o tym z dawną nianią, niestety jednak nie ma z nią żadnego kontaktu. Dlatego z rodzicami nie rozmawia, wszyscy się nawzajem ignorują, dopóki czegoś nie potrzebują.

*Miejsce zamieszkania* Wielkie piętrowe mieszkanie niedaleko szkoły, z niemałym tarasem.
  • awatar Chicka!: obrazek śliczny . Chce ci się prowadzić dwa blogi ? Powiem szczerze jest oczojebnie ^^
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 

Przedstawię wam głównego bohatera - jednak *jeśli nie chcecie znać motywów jego działań* nie czytajcie części o charakterze i rodzinie.
✃ – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - –
„Tylko ludzie, którzy coś utracili, są w stanie stać się głównymi bohaterami”
*Imię* Jonathan (Jace)

*Nazwisko* Blake

*Płeć* Facet

*Wiek* 17

*Narodowość* Ameryka Północna, Stany Zjednoczone

*Wygląd* Często ćwiczy, dlatego ma ciało w bardzo dobrej kondycji, dlatego jest szczupły i odpowiednio umięśniony, ale bez przesady. Ma wystające obojczyki i długą bliznę na ramieniu – pamiątka po tym, jak podczas jednej z kłótni z ojcem uderzył o niewielką, chybotliwą szafę. Leżał na niej szklany wazon, który jego matka zapomniała stamtąd zabrać. Naczynie rozbiło się o kant mebla, a jego ostre kawałki rozcięły ramię Jace’a, który zdołał się zasłonić. Jego rysy twarzy są mocne, ale nie toporne. Oczy w kształcie migdałów, czekoladowe wpadające w lekki złoty. Włosy z kolei ma blond, właściwie krótkie, ale dość zapuszczone, często się zdarza, że wpadają mu do oczu, ale niespecjalnie mu to przeszkadza. Są jedwabiste (po matce), dlatego lubi ich dotykać.

*Charakter* Jest to raczej skomplikowany chłopak. Pewnie duży wpływ na to miała jego rodzina, zwłaszcza były ojciec. Lubi przebywać w swoim rysunkowym świecie – kocha tworzyć ołówkiem różnorakie postacie: od realistycznych, przez bajkowe, po mangowe. Spróbuj tknąć jego notes, a natychmiast tego pożałujesz. Na pierwszej stronie widnieje bardzo starannie wykonany portret jego matki – Jace zawsze kochał ją całym sercem i otaczał opieką tak, jak tylko był w stanie. Potrafił być miły, wesoły i otwarty na ludzi, ale po pewnym incydencie zamknął się w sobie. Łatwo go zirytować i zdenerwować, ale zdecydowanie nie zawstydzić, za to uwielbia zawstydzać innych (kiedy już naprawdę musi z nimi porozmawiać). Gdy się czegoś zaczyna bać, robi się bardzo gwałtowny i radykalny.

*Nastawienie do szkoły* Szybko przyswaja wiedzę, a szkoła właściwie nie robi mu większej różnicy, bo dla niego to jedynie dobra okazja do pogrążenia się w rysowaniu. Jednak im więcej czasu może w niej spędzać, tym lepiej – nie przepada za swoją aktualną rodziną.

*Ciekawostki*
- Gdy był mały, zjadł dropsy dla psa z ciekawości, jak smakują. Były czekoladowe i smaczne.
- Truskawkowe też spróbował.
- Kiedyś siedział w pierwszej ławce i mocno kichnął, opluł przy tym nauczycielkę. Musiał zostać za karę po lekcjach i pomazał z nudów kredą całą tablicę. Kichającymi postaciami. Jego matka została wezwana do szkoły.
- Uwielbia małe zwierzaczki (chomiki i nieśmierdzące fretki) i duże psy. Zawsze o jednym marzył, niestety trafił mu się w dzieciństwie tylko mops.

*Fetysze*
- Odwaga i upartość
- Stylowy ubiór
- Szersze spojrzenie na świat
- Dotyk, tj. trzymanie za rękę czy odgarnięcie włosów

*Rodzina* Kiedy Jace mieszkał jeszcze w Ameryce, między nim, a ojcem nigdy się zbyt dobrze nie układało. Pewnie dlatego, że mężczyzna nigdy nie okazywał jego matce należytego szacunku, pomiatał nią i nie poświęcał za wiele czasu. Często pyskował, a że ojciec jego jest gwałtowny (właśnie tę cechę odziedziczył między innymi po nim), to często dochodziło między nimi do bójek. Pewnego dnia jego mama poważnie zachorowała. Nieuleczalna choroba szybko ją wykończyła. Jace był wtedy w gimnazjum. Gdy tylko je skończył, jego ojciec, który szybko się otrząsnął, wyjechał z nim do Japonii i oddał w ręce dalekim kuzynom, a sam zaczął biznes. Czasami odwiedza rodzinę, ale wiecznie wisi na telefonie i choćby Jace powiedział, że zrobił koleżance dziecko, on by pewnie nie usłyszał.

*Miejsce zamieszkania* wielkie piętrowe mieszkanie niedaleko szkoły, z niemałym tarasem.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 

Yo, ohayo, cześć, hej, bonjour itd. itp. (uznajmy, że wcale nie próbowałam sobie przypomnieć, jak jest "cześć" po hiszpańsku, choć w podstawówce uczyłam się go trzy lata).

Jestem Arbalester, czyli Arbi w skrócie.
Chciałabym wam tutaj przedstawić swoje opowiadanie. :) O czym?

*Fabuła*

Historia opowiadanie o Jonathanie Blake’u (Jasie), który był bardzo wesołym i przyjaznym chłopakiem. Miał wielu przyjaciół i wspaniałą matkę, jedynie los pokarał go okropnym ojcem. Gdy był w gimnazjum, jego matka zmarła. Niezrażony tym ojciec Jace’a rozpoczął biznes w Japonii i oddał syna w ręce kuzynów, gdy tylko ukończył gimnazjum. Jace ciężko znosi stratę. Nie uważa się za członka nowej rodziny, nie wchodzi im w drogę, póki oni nie wchodzą jemu. Z czasem jednak, gdy zaczyna chodzić do liceum, poznaje pewnych ludzi. Wyzwalają w nim oni jego dawne „ja” – to, które skrył pod twardą skorupą. To jednak nie wystarczy. Ból jest zbyt wielki, by nagle o nim zapomniał. Wśród nowych osób jest Emily Raymond, bardzo specyficzna dziewczyna, która wszystkich unika, nikomu nie patrzy w oczy i niemiłosiernie krzyczy, kiedy ktoś próbuje się do niej zbliżyć. Jace’a bardzo ona ciekawi, chciałby ją poznać. Jednocześnie musi uważać na szkolnych dręczycieli, którzy tylko czekają na okazję, by dołożyć nowym – nieważne czy to chłopak, czy dziewczyna. Postanawia coś z tym zrobić. Z czasem poznaje tajemnice i sekrety zarówno swojej, jak i pozostałych rodzin, które nie są zbyt bezpiecznymi informacjami. Sprawy się komplikują jeszcze bardziej, kiedy jego ojciec postanawia pomieszkać chwilę w domu kuzynów.

Co kieruje Emily Raymond? Czy Jace przezwycięży swój ból? Co się stanie z nowymi? Jakie sekrety skrywają bogate rodziny? – na te i wiele innych pytań postaram się wam odpowiedzieć w opowiadaniu „Osaka Dream” ^^

✃ – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - –
Mam nadzieję, że wam się spodoba i liczę na was w kwestii wytykania mi wszelkich błędów ;) Oczywiście nie obrażę się też, jak napiszecie coś miłego.. xD
A ja na razie biorę się za edycję wyglądu bloga :)